2 stycznia 2016

O czym nie pisałam w 2015 roku, a o czym warto było napisać - część I


  
W 2015 roku mało pisałam i to nie tylko na blogu, ale i w ogóle. Nie ma co analizować i tłumaczyć się, choćby sama przed sobą, czemu to tak, a nie inaczej, bo tak chyba miało być i już. W pewnym momencie zaczęłam nawet zastanawiać się czy nie zamknąć bloga, skoro tak mało piszę, ale... lubię swojego bloga i żywię głęboką nadzieję, że i Wy go lubicie, więc póki co Książki ze smakiem zostają w stanie nienaruszonym, choć skromnym. Ale to, że mało pisałam nie znaczy, że nie zdarzyło mi się przeczytać w ciągu minionego roku kilku (kilkudziesięciu) naprawdę fajnych książek. Niektóre z nich jednak opisałam, ale sporo nie doczekało się swojego posta. Dlatego dzisiaj zamiast deklarować postanowienia na Nowy Rok 2016, spojrzę jeszcze raz przez ramię na rok 2015 i wyciągnę z niego tytuły, które warto ocalić od zapomnienia.

21 listopada 2015

Sobotnie kino domowe

   
Oto moje typowanie na sobotni wieczór. Wczoraj, tuż przed wyjściem do pracy naszło mnie na eksplorowanie nowości filmowych  w katalogu w swojej bibliotece. Ledwie zdążyłam na autobus...
A jeśli chodzi konkretnie o te filmy, mała uwaga: nowość biblioteczna rzadko kiedy ma coś wspólnego z nowością na rynku filmowym, więc proszę się nie sugerować. Zamówiłam sześć filmów, ale odebrać mogłam tylko trzy. Cóż, regulamin biblioteczny potrafi poskromić nawet największy apetyt :) Może to i lepiej... Chciwość, w jakiejkolwiek dziedzinie życia, trzeba tępić.
Ktoś z Was oglądał już któryś z tych filmów? Jeśli tak, dajcie znać. A póki co, sama szykuję coś dobrego na przegryzkę  i moszczę sobie legowisko na kanapie...
Miłego wieczoru :)
Ja swój sobotni wieczór spędzę w Irlandii lat trzydziestych ("Klub Jimmy'ego"), miesiąc przed światami przeżyję Boże Narodzenie po polsku, ale w krzywym zwierciadle ("Pani z przedszkola") i z przyjemnością popatrzę na parę uroczych angielskich aktorów: Emily Blunt i Colina Firhta ("Drugie życia króla"; Ps. jakież wierne tłumaczenie tytułu oryginalnego "Arthur Newman", nie sądzicie?).

15 listopada 2015

Nasze swojskie Lipowo niczym szwedzka Fjallbacka


Źródło: wikipedia

Po przeczytaniu  kilku, kilkunastu stron "Motylka" Katarzyny Puzyńskiej miałam ochotę zawołać: MAM, ZNALAZŁAM!!! Ochota na takie okrzyki nachodzi mnie za każdym razem, kiedy po dwóch, trzech rozdziałach mam pewność, że na tej jednej książce danego autora raczej się nie skończy. To nie zdarza się niestety zbyt często i może właśnie dlatego tak bardzo się cieszę za każdym razem, kiedy trafiam na twórczość nieznanego mi dotąd pisarza, a która pochłania mnie od pierwszych stron. Chociaż słowo "pochłania" nie jest tu najbardziej odpowiednie, chodzi raczej o takie uczucie, jakie ogarnia człowieka, kiedy wchodzi do domu lub na podwórko dobrych znajomych i od samego początku towarzyszy mu przeświadczenie, że najbliższe godziny spędzi w miłym towarzystwie i spotkają go tutaj jedynie przyjemnie rzeczy. W przypadku Katarzyny Puzyńskiej ta perspektywa jest szczególnie obiecująca, bo jej cykl o Lipowie liczy sobie już w tej chwili pięć tomów, tak więc miluśkich "odwiedzin" będzie co najmniej kilka.

Jak na razie  mam za sobą trzy tomy z cyklu o policjantach z komisariatu w Lipowie. Żeby było jasne - Lipowo tak naprawdę jest miejscowością fikcyjną, ale, jak twierdzi sama Katarzyna Puzyńska, inspiracją do stworzenia tej miejscowości na kartach swoich powieści posłużyła jak najbardziej realna wieś. Podobno leży ona gdzieś w okolicach Brodnicy, w województwie kujawsko-pomorskim. Jeśli chcecie poznać szczegóły z pierwszej ręki, zajrzyjcie tutaj.

18 października 2015

Idzie zima...

Idzie zima, ewidentnie. I nie chodzi nawet o to, że tydzień temu w Południowej Polsce faktycznie spadł śnieg, a temperatura w nocy spadła poniżej zera, ale o pewne zachowania, które każdy prawdopodobnie obserwuje u siebie. Nie wiem jak u Was, ale u mnie pierwszymi zwiastunami nadchodzącej zimy od zawsze były ochota na zawiesiste zupy i na... grubaśne książki. Dużo później, koło grudnia nachodzi mnie jeszcze na czytanie Dickensa i oglądanie cztery razy pod rząd "Lwa, czarownicy i starej szafy", ale najpierw zawsze są te zupy i opasłe tomiszcza, tzw. zimowe opowieści. Gęsty krupnik i kapuśniak już był, pomidorowa zresztą też była bardziej zawiesista niż w lecie, teraz przyszedł czas na targanie kilogramowych książek z biblioteki. Ten proces już się zaczął, zresztą sami zobaczcie efekty: